Borneo cz. I

Wreszcie mamy normalny internet, witamy z powrotem :) znajdujemy się już w Indonezji, ale myślami nadal jesteśmy w pięknym Borneo. Już wiemy że spędziliśmy tam za mało czasu (tyle co nic!) i że koniecznie musimy tam kiedyś wrócić. Zatrzymaliśmy się w Kuching które jest największym miastem w całym Borneo. W języku lokalnym oznacza kota, a jego wizerunek można spotkać w wielu miejscach w mieście. Kuching przecina rzeka Sarawat po której można popływać wynajętą łodzią lub wodną taksówką, jednak akurat gdy tam byliśmy organizowane były chyba jakieś państwowe regaty więc ta atrakcja była niemożliwa.

Kuching to również urocze miasto z (jak wszędzie w Azji) licznymi meczetami, świątyniami i kościołami, z dzielnicami chińską i indyjską, to oczywiście również ogromny wybór pysznego jedzenia.

Miasto ma do zaoferowania również liczne muzea, galerie i … shopping malle:)

Poranek czwartkowego dnia spędziliśmy na ławce czekając jakieś 1,5h na autobus którym chcieliśmy dojechać do centrum. Oczywiście nie ma rozkładu jazdy, a lokalni mówią ze może przyjechać za godzinę a może za 1,5;) na szczęście udało się w końcu dojechać, odwiedziliśmy muzeum etnologii gdzie poznaliśmy Desmonda – przewodnika freelancera który zagadał nas czy nie mielibyśmy ochoty na wycieczkę. Wspomniał o farmie pieprzu, kakao, i o longhousie który bardzo chcieliśmy zobaczyć. Co ważne, lokalizacja longhouse’a jest daleko od miasta co oznacza mniejszą komercję i większą autentyczność. Długo nas namawiać nie musiał i umówiliśmy się na piątek.

Odwiedziliśmy w tym dniu też Semonggoh Wildlife Centre mając nadzieję zobaczyć orangutany. Ośrodek otwarty jest codziennie a karmienie odbywa sie 9-10 i 3-4. Orangutany dokarmiane są ponieważ w dżungli jest za mało pożywienia, choć akurat okres w jakim przyjechaliśmy jest sezonem obfitującym w owoce więc orangutany przychodzą na karmienie rzadziej. Już na wejściu do ośrodka dostaliśmy informacje że nie dają gwarancji ich zobaczenia. Wiadomo, w końcu nie przyszliśmy do zoo! Niestety nasi rudzi kuzyni nie pojawili sie w tym dniu, dlatego postanowiliśmy tam pojechać jeszcze raz – w końcu był to główny powód naszego przyjazdu na Borneo!

IMG_4391

W piątek Desmond przyjechał po nas do hotelu i razem z dwoma innymi turystkami wyruszyliśmy w 2,5 godzinną trasę. Pierwszym przystankiem był targ w wiosce Serian gdzie mieliśmy okazję pooglądać świeże owoce, rośliny i przyprawy z dżungli. Nie mogliśmy przestać dotykać, wąchać i oglądać tych różności! Niestety w większości nazw nie pamiętamy, ale chętnie byśmy je importowali do polandii :) Na tym samym targu sprzedawane są również słodkości prażone / gotowane na miejscu, jak również (zaraz obok) mięso – głównie wieprzowina, owoce morza i ryby (nasz karp w wigilię w supermarketach to przy tym nic..!!!).

IMG_4512

Po targu zatrzymaliśmy się pooglądać krzaki pieprzu – wow! Z jednego krzaka może powstać ok 60-80kg pieprzu rocznie, i co ciekawe mogą powstać dwa rodzaje – czarny i bialy (ostrzejszy). Wszystko zależy od tego co po zerwaniu zostanie z ziarnami zrobione. By osiągnąć czarny pieprz, wystawia sie go od razu na 10 dni na słońce. Biały – ziarna muszą poleżeć tydzień w wodzie i dopiero wtedy wystawiane są na promienie słoneczne na 10 dni.

IMG_4567

Dasmomd pokazał nam również drzewo kakaowca. Zastanawialiście się kiedyś z czego i jak się robi kakao? Drzewo kakaowca ma owoce, które najpierw są zielone, od słońca zmieniają kolor na żółty i wtedy są odpowiednie do zerwania. W środku są ziarna owleczone białą mazią/galaretą jak zwał tak zwał :) w każdym razie można to sobie pociamkać i jest to delikatnie słodkie w smaku.

Taki żółty owoc zrywa się i zostawia do fermentacji, a później same jego ziarna są suszone, palone i mielone – Voila!

Kolejnym ciekawym przystankiem była wioska gdzie mieszkają, oprócz chrześcijan, animiści – osoby które wierzą w to że dusza znajduje się w zwierzętach, roślinach, jak również że istnieją duchy – byty niewidzialne.

Zanim np. wyjdą w pole lub na farmę zostawiają przy drewnianych bożkach podarunki w postaci ryżu, wierząc tym samym w pomyślne zbiory.

IMG_4549

Animiści mieszkają również w longhousie który odwiedziliśmy – na znak wiary (zamiast np. krzyża) zawieszają nad drzwiami zasuszone liście. Longhouse w wiosce Mongkos w którym mieliśmy okazję spędzić dzień mierzy ponad 250 metrów i zamieszkuje go ponad 200 osób (jakieś 46 rodzin) od dwóch generacji czyli jakieś sto lat!

Longhouse to tradycyjny dom gdzie mieszka wiele rodzin wielopokoleniowych i można takie domy spotkać w wielu miejscach na Boerno. Zbudowany jest na drewnianych palach, a jego długość może byc różna, akurat ten w Mongkos jest najdłuższym takim domem w Sarawak.

IMG_4588

Każdy longhouse podzielony jest na mieszkania i połączony częścią wspólną – długim przedsionkiem/korytarzem gdzie można odpoczywać, a przy większych okazjach jeść czy bawić się.

Byc tam to bylo niesamowite doświadczenie. Miejsce jest faktycznie nieskażone turystyką, ludzie są przemili, ciekawi choć nieśmiali na początku. Nasz przewodnik ma z nimi świetny kontakt, robił za tłumacza ale nie był też nachalny, niektóre dzieci czy dorośli byli w stanie coś powiedziec po angielsku, a jeśli nie – to staraliśmy się porozumiewać na migi. Jedna rodzina pokazała nam swoje mieszkanie które okazało się być całkiem spore – salon z tv i kilkoma meblami, następnym pokojem była wspólna sypialnia na podeście (niestety jeśli rodzice chcą pobaraszkować muszą iść do dżungli – tam mogą zaznać trochę intymności i prywatności). Pod sypialnią, schodząc schodkami w dół, była kuchnia i jadalnia z której wychodzi sie na ogród. Każdy longhouse ma swojego szefa który musi wyrazić zgodę na odwiedzenie domu przez obcych. Podejmuje on ważne decyzje, a władza przechodzi z pokolenia na pokolenie – poznaliśmy ok. 10 letniego chłopca który ma dużą szansę zostać w przyszłości takim szefem.

Zdarza się że w tradycyjnych “długich domach” mieszkają również headhunterzy czyli łowcy głów. Kilkadziesiąt lat temu atakowali oni inne plemiona uprawiające ryż czy łowiectwo, i na znak męstwa wracali do wioski z uciętymi głowami. Te głowy, a raczej później już czaszki kolekcjonowali i trzymali w zawiniątku lub wieszali w longhousie. Podobno ten proceder już nie obowiązuje. Podobno.

Nam niestety nie udało się poznać headhuntera, Desmond powiedział że mieszkają oni raczej głębiej w dżungli. A może dla bezpieczeństwa wolał nas nie przedstawiać? ;)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s