Luang Prabang i wodospad Kuang Si

Jesteśmy od kilku dni w Luang Prabang gdzie chodzimy, zwiedzamy i rozpływamy się w 30+ stopniach Celsjusza. Jest koniec września więc niby nadal pora deszczowa, ale deszczu w ogóle nie widzieliśmy na oczy, i nie wyobrażamy sobie jak tu jest w porze suchej.

Przy jakimkolwiek wysiłku fizycznym (czyli ruszanie nogami – lewa, prawa, lewa, prawa) się z nas leje, a krem z filtrem który pieczołowicie rozsmarowaliśmy przed wyjściem z pokoju spływa po nas po 3 minutach od wyjścia na zewnątrz. Przy takiej temperaturze kompletnie nie dziwimy się że w ciągu dnia ulice są opustoszałe.

Kiedy spacerujemy po mieście widzimy sprzedawców śpiących w swoich leżakach i mających gdzieś jakichkolwiek klientów; kierowcy tuk-tuków w swoich pojazdach mają rozwieszone hamaki w których śpią, a obsługa restauracji skrywa się wewnątrz budynków bo mają klimatyzację.

img_8747

Odkąd przyjechaliśmy do Laosu widzimy zupełnie inną mentalność lokalnych która raz nas irytuje, a raz śmieszy. Laotańczykom się autentycznie nie chce nic robić – nie chce im się nas obsługiwać, udzielić informacji, zrobić shake’a, wypożyczyć rowerów, nic. Nawet kierowcy tuk-tuków oferujący transport do atrakcji za miastem, wysługują się turystami by ci znaleźli większą grupę (zmniejszy to cenę).

Przykładowa sytuacja z dzisiaj: prosimy w guest housie o papier toaletowy, więc właściciel mówi do swojej bawiącej się komórką córki by go przyniosła. Ta po 5 sekundach wywraca oczami i ostentacyjnym, powolnym krokiem idzie po papier i łaskawie nam go przynosi. Wczoraj siadamy w restauracji przy rzece, jest jeden klient oprócz nas, chłopak przyjmuje od nas zamówienie i powolnym, ostentacyjnym krokiem, powłócząc nogami idzie przekazać zamówienie do kuchni.

Laos a właściwie Laotańska Republika Ludowo-Demokratyczna (czyli Lao People’s Democratic Republic – Lao PDR) ma też inne rozwinięcie skrótu PDR – Please don’t rush czyli nie spiesz się. To hasło to kwintesencja tego kraju i podejrzewamy że z doświadczaniem tego będzie coraz ciekawiej:)

Miasto Luang Prabang jest dość przyjemnym miejscem które można odwiedzić ale nie wydaje się by było to must-see w Laosie (choć zwiedzanie państwa dopiero przed nami, więc może zmienimy zdanie). Była stolica Laosu znajduje się na jego północy, nad rzeką Mekong i jest otoczona wzgórzami. Samo miasto uważane jest za najpiękniejsze w Laosie, i jest zresztą wpisane na światową listę UNESCO. Faktycznie zabudowania pozostałe po kolonii francuskiej w połączeniu z górzystą, zieloną okolicą i spokojnie płynącą rzeką daje przyjemny obraz.

img_8816

Centrum i najważniejsze zabytki można spokojnie odwiedzić w jeden dzień – Pałac Królewski a w nim Posąg Buddy Phrabang (nie powala ani Budda ani Pałac do którego nie zdecydowaliśmy się wchodzić i płacić 30,000/os.). Wzgórze Phu Si na które można wejść z dwóch stron, na szczyt prowadzą schody skryte w cieniu i dające chwilę oddechu od upału, a na samej górze rozpościera się piękna panorama na miasto i okolicę. Świątynie, m.in Xieng Thong – nie robią takiego wrażenia jak np. po stronie tajskiej, raczej wyglądają na lekko zaniedbane ale warto zobaczyć trochę inną architekturę, różniącą się od azjatyckich sąsiadów.
Jeśli planujecie zakupić pamiątki czy prezenty to idealnym miejscem jest nocny market – codziennie (ok. 17:00-22:00) przy głównej ulicy w centrum lokalni rozkładają swoje kramiki. Wtedy też jest najlepszy moment na posiłek, bo pojawia się street food – od bufetów po przekąski, owoce i shakes.

A propos jedzenia, to tak jak w Birmie codziennie na śniadanie katowali nas jajecznicą z tostem albo omletem, tak tutaj najpopularniejszą opcją śniadaniową jest bagietka. Wybór w budkach jest spory – na słodko, z mięsem, tofu, wegetariańskie, można wybrzydzać do woli.

wp_20160927_10_07_03_pro

Okolice miasta są chyba ciekawszą opcją niż samo centrum, a już na pewno wodospad Kuang Si jest warty odwiedzenia. Po pierwsze widoki są przepiękne (takich spodziewaliśmy się w Tajlandii), po drugie jest to idealne miejsce na ochłodzenie w tak upalne dni, a po trzecie – jest tam centrum gdzie znajdują się uratowane z niewoli niedźwiedzie azjatyckie. Fajnie je zobaczyć, ale jak na ich ilość obiekt jest dość mały, wygląda trochę jak ZOO, i widzieliśmy też niedźwiedzia z chorobą sierocą co było bardzo przykrym widokiem. Chyba mimo wszystko lepiej im tutaj gdzie objęte są opieką niż w niewoli, ale szkoda że nie mogą być już wypuszczone na wolność bo sobie nie poradzą.

Wodospad Kuang Si ma kilka kaskad, oraz kilka miejsc gdzie można zanurzyć się w wodzie i popływać. Można też wspiąć się by zobaczyć wodospad z samej góry oraz dojść do jego źródła, my jednak ograniczyliśmy swój pobyt tam do pływania, taplania się i odganiania nogami rybek które próbowały nas skubać. Cudnie!

img_8927

DCIM102MEDIA

Wieczorem odwiedziliśmy też znaną tu „Utopię” czyli restaurację z widokiem na rzekę Nam Khan. Bardzo klimatyczne miejsce z wygodnymi siedziskami, miłą obsługą oraz dość drogim menu.

img_9023

Więcej zdjęć poniżej:


Praktycznie:

Wstęp na wzgórze Phu Si: 20,000 LAK / os. (ok. 9,50 zł)

Wstęp do świątyni Xieng Thong: 20,000 LAK / os.

Tuk-tuk w dwie strony do wodospadu Kuang Si: 50,000 LAK / os. (ok. 24 zł)

Wstęp na teren Kuang Si: 20,000 LAK / os.

Reklamy

2 myśli w temacie “Luang Prabang i wodospad Kuang Si

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s