Każdy transport w Laosie to przygoda!

Bezlitośny dźwięk budzika wyciąga nas ze snu. Idziemy zobaczyć codzienny rytuał mnichów czyli otrzymywanie od lokalnych jedzenia które będą mogli skonsumować w danym dniu.

„Od zawsze” Laotańczycy w ten sposób zaczynają swój dzień – czekając przed swoimi domami na przejście mnichów by podarować im ryż lub inne dobra.

IMG_9085.JPG

W Luang Prabang jest to dość widowiskowe bo po ulicach idzie w rzędzie nawet 200 mnichów. Podobno, bo widzieliśmy tylko kilkudziesięciu – przyszliśmy chyba trochę za późno;) Niestety całość zrobiła się dość turystyczna – często turyści trzaskają mnichom zdjęcia przed twarzą, nie szanując ani samego rytuału, ani ich prywatnej przestrzeni, traktując ich jak egzotyczne eksponaty. Doszło do tego że sprzedawane jest turystom wątpliwej jakości jedzenie które mogą mnichom ofiarować.

A to właśnie to jedzenie jest jedyne, które zjedzą podczas przedpołudniowego posiłku. Mnisi sporą część dnia poświęcają na medytację która jest dla nich najważniejsza, ale również naukę w szkole (młodsi) i zajmowanie się terenem świątyni. Sam rytuał jest istotny i dla nich i dla Laotańczyków – w zamian za jedzenie, mnisi modlą się za ofiarujących.

IMG_9087.JPG

 

Warto wstać rano i zobaczyć jak miasto budzi się do życia a mnisi w swoich charakterystycznych pomarańczowych szatach w ciszy przemierzają ulice. Ale warto też pamiętać o szacunku do innej religii i przede wszystkim do drugiego człowieka.

IMG_9089.JPGIMG_9111.JPG

Ponieważ został nam jeden dzień do odbioru wietnamskiej wizy, zdecydowaliśmy się wypożyczyć rowery żeby pojeździć po okolicy Luang Prabang. Na początek obraliśmy kierunek północnej stacji autobusowej z której odjeżdża autobus lokalny do miejscowości Nuang Khiaw. Chcieliśmy sprawdzić cenę która według agencji turystycznych przewyższa cenę minivanów przez nich oferowanych.

YDXJ0446.jpg

Jak tylko usiedliśmy na siodełkach wiedzieliśmy ze nasz wybór rowerów nie był najlepszy, choć wizualnie jednoślady wyglądały całkiem nieźle. Tak więc perspektywa jazdy cały dzień cieszyła chyba tylko hemoroidy, ale powiedziało się A to trzeba powiedzieć B.

No to jedziemy w tym upale, leje się z nas jakbyśmy z tymi rowerami w saunie siedzieli, pod górki ledwo wyjeżdżamy bo przerzutek brak, ale super jest!

YDXJ0455.jpg

Na stacji autobusowej okazało się że bilet kosztuje 37,000 LAK a nie 80,000 LAK jak mówili nam w agencjach. Kłamali w żywe oczy jak potwierdzaliśmy że autobus lokalny jest droższy od minivana (75,000 LAK) co się lekko kłóci z tym jak to wygląda wszędzie na świecie. Także hej ho, trochę gotówki do przodu, będzie na piwo!

Jedziemy więc zadowoleni jak to nam się udało przechytrzyć agencje gdy nagle słyszymy głośny huk, i widzimy że przednia opona roweru Natalii nie ma powietrza. Okazało się że dętka wybuchła po najechaniu na kamień (na asfaltowej drodze..). Nie było wyjścia, zaczęliśmy prowadzić rowery ale na całe szczęście za 20 metrów naszym oczom ukazał się mały warsztat moto-rowerowy gdzie załatano nam dziurę.

WP_20160928_10_37_52_Pro.jpg
Troszkę nas to zniechęciło do jeżdżenia po wioskach na rowerach miejskich, z cienkimi i wąskimi oponami więc kierując się za znakiem drogowym ruszyliśmy w stronę jakiegoś wodospadu (1 km). Po przejechaniu jakieś 1,5 km skończyła się asfaltowa droga, i dotarło do nas że nie wiemy gdzie jedziemy, gdzie jesteśmy, ani gdzie mamy jechać.

YDXJ0496.jpg

Lokalni nie rozumieli „waterfall”, i kalambury też są im chyba obce albo my daliśmy ciała w pokazywaniu wodospadu:) i choć wydawało nam się że nas jeden zrozumiał, to po kolejnych 20 km dotarło do nas że jednak nie wiedział o co chodzi. OK, nie było to 20 km ale wydawało się jakby tyle było przez upał, kamienistą drogę i spore górki do pokonania.

YDXJ0501.jpg

 

Z obawy o opony prowadziliśmy trochę rowery (bo przecież nie z powodu braku kondycji..!), a miejscowi którzy nas mijali dziwnie się na nas patrzyli. My na nich zresztą też, bo jak można w taką pogodę być w jeansach i bluzie z długim rękawem?! Nie wiem, oni się nie pocą w ogóle?! Zimno im? Szaleni.

No i co, misja zakończona fiaskiem, zawróciliśmy i już się tak oponami nie przejmowaliśmy podczas zjeżdżaniu z górki. I tak jakbyśmy chcieli wolniej zjeżdżać to byłby problem bo hamulce średnio działały..;)

YDXJ0494.jpg

Z wielkim bólem d…dojechaliśmy do miasta, wzięliśmy niepotrzebny prysznic i pojeździliśmy jeszcze trochę po uliczkach. Ponownie upoceni oglądnęliśmy zachód słońca nad Mekongiem, oddaliśmy rowery i poszliśmy do naszej ulubionej pani na jedzenie . Jej „Sabadee! Buffet 10 thousand” -witaj! Bufet za 10 tysięcy- które powtarzała do każdego kto przechodził, będzie nam się po nocach śnić ;) Na koniec przeszliśmy się po targu pooglądać rzeczy które byśmy kupili gdybyśmy mieli więcej kasy i mieli gdzie je schować ;) są piękne! Aha, można tu też kupić ryżową whisky z kobrą lub innym zwierzęciem w środku. Wygląda to dość makabrycznie, nie próbowaliśmy i nie mamy zamiaru! Ktoś chętny?

DCIM102MEDIA

YDXJ0534.jpgYDXJ0539.jpg

Następnego dnia raniutko zebraliśmy się do ambasady licząc że wiza będzie gotowa wcześniej niż 10:00 jak nas poinformowano przy składaniu wniosku. Na szczęście wszystko poszło gładko, chwilkę poczekaliśmy i odebraliśmy nasze paszporty. Dzięki temu na stację autobusową dotarliśmy chwilę przed 9 i idealnie wsiedliśmy do lokalnego autobusu, a właściwie minivana. Nawet nas pospieszali, choć była 8:50, a raczej w Azji się spotykaliśmy z opóźnieniami a nie falstartami;)

wp_20160929_11_17_31_pro

 

Jedziemy jakieś 10 min, i nagle zawracamy. O co chodzi? Kierowca zapomniał po drodze zabrać jedną osobę, więc wraca…jedziemy kolejne 20 minut i czas na siku w krzaczkach jednego z pasażerów. Ok, teraz to kierowca może zasuwać jak w „Za szybkich i wściekłych”, okazjonalnie waląc po hamulcach żeby nie wjechać w stado krów albo inny pojazd. Skutecznie też podnosił nam adrenalinę wyprzedzając pod górę, bez widoczności i możliwości zmienienia pasu.

Ale największą atrakcją była rzygająca pani siedząca przed nami która obrzydzała wszystkim jazdę odgłosami i zapachem. Woreczek z rzygami co kawałek wyrzucała na ulicę, a buzię wycierała o zasłonkę. Jak to jest że to zawsze lokalni rzygają a nie turyści? przecież powinni być przyzwyczajeni do stanu dróg:) już nie raz się z tym spotkaliśmy i się przyzwyczailiśmy niemniej jednak nadal nas to obrzydza.

Jazda minivanem miała elementy off-road’u, ale niestety przy takim zawieszeniu kierowca powinien był zwracać większą uwagę na koleiny. Może wtedy nie zahaczylibyśmy chłodnicą o drogę i nie stanęlibyśmy na jakieś 20 minut w celu jej naprawy :)

img_2951WP_20160929_11_15_22_Pro.jpg

3,5 godziny drogi a tyle przygód! Wysiedliśmy na stacji autobusowej w Nuang Khiaw, a do samego centrum czyli jednej długiej ulicy doszliśmy na nogach (idzie się jakieś 15 minut). Jest to uroczo, sennie, leniwie, wiejsko i trochę nudno – atrakcji brak, kilka knajpek, most, szkoła, targ. Oto właśnie nam chodziło. Jest przepięknie!


Praktycznie:

Koszt wynajęcia roweru miejskiego: 25,000 LAK (duży) – ok. 12 zł, 20,000 LAK (mały) – ok.10 zł

Naprawa dętki: 10,000 LAK (ok. 5 zł)

Bilet do Nuang Khiaw: 37,000 LAK (ok. 18 zł)

 

Reklamy

Jedna myśl w temacie “Każdy transport w Laosie to przygoda!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s