Muang Ngoy- mała wioska, dużo przeżyć

Niestety komputer odmówił nam współpracy, i poniższy post został stworzony na komórce. Za wszelkie błędy proszę winić małe klawisze i duże paluchy.

Siedzimy w łódce którą mamy dopłynąć do oddalonej o godzinę wioski Muang Ngoy. Brody opieramy na kolanach, ciało przy ciele, plecak na plecaku tak, że nie widać kapitana. 

Kiedy wydaje się że nic ani nikt się już nie zmieści, na pokład wchodzi jeszcze kilka osób z tobołami.


I tak chybotamy się na wszystkie strony, pewni że nie dopłyniemy w jednym kawałku. Już po 10 minutach tyłek drętwieje i chciałoby się rozprostować nogi. Każdy co chwilę delikatnie zmienia choć trochę pozycję, wierci się, ociera o współpasażera. Sprzyja to wymienianiu uśmiechów, wspólnemu wzdychaniu i kiwaniu głowami ze zrozumieniem. Dlatego gdy wreszcie wysiadamy, wesoło machamy osobom które płyną dalej, a one równie wesoło odmachują. Zapewne dlatego, że mają teraz więcej miejsca:)

Łódki z Nong Khiaw do Muang Ngoy odpływają dwa razy dziennie – o 11:00 i 14:00 (co w praktyce najczęściej oznacza 11:30 i 14:30) i już z oddali słychać że zbliżają się do wioski. Właściciele bungalowów i guest house’ów mają wyczulone uszy i momentalnie rejestrują znajomy dźwięk silnika. Dlatego gdy łódka dopływa do przystani, czeka już na turystów kilkoro lokalnych, bombardujących nas pytaniami o nocleg. Naszą uwagę zwraca biały chłopak który proponuje pokazanie bungalowów. Tak poznajemy Gabriela ze Szwecji, który od 6 lat mieszka tu na stałe, założył rodzinę z Laotanką i oprócz wynajmowania lokum turystom, prowadzi restauracje.

Trzeba przyznać że domki są zadbane, przed każdym wiszą dwa hamaki, jest cisza, spokój, widok na góry, rzekę i pluskające się w niej bawoły. To wszystko nas przekonuje i postanawiamy zostać, nie mogąc się doczekać bujania w hamakach:)

Zostawiamy rzeczy i idziemy na rekonesans okolicy. Nie trwa on długo, bo wioska składa się z jednej głównej ulicy na której toczy się większość życia, małej świątyni, szkoły, malutkiej plaży oraz kilku restauracji. Od głównej ulicy jest kilka mniejszych odnóg, prowadzących albo do domostw, albo od strony rzeki – do bungalowów lub restauracji.


Patrząc na minimalną aktywność lokalnych ma się wrażenie że wpadło się w inną czasoprzestrzeń. Lokalni zrelaksowani siedzą na krzesełkach, leniwie prowadząc konwersacje, dzieci niespiesznie pedałują na rowerach, obsługa restauracji po przyjęciu zamówienia przekazuje je do kuchni po 15 minutach… Nawet tak zwykła czynność jak zamiatanie jest wykonywana delikatnie, powoli, pieszczotliwie, jakby z obawy o wzbicie kurzu czy poharowanie miotłą ziemi. Zmrok zapada tu szybko i nagle, a cisza nocna jest od ok 22 – to ze względu na wczesne wstawanie farmerów, czyli sporej ilości mieszkańców. Cóż innego nam więc pozostało, jak po konsumpcji ułożyć się z piwkiem w hamaku?

Następnego dnia rano wynajęliśmy rowery górskie z zamiarem dojechania do jaskini Tham Kang oraz trzech wiosek, jeszcze bardziej oddalonych od reszty świata.


Jak wiele jaskiń w Laosie które można odwiedzić, ta również służyła Laotańczykom jako schronienie podczas wojny wietnamskiej. Ludzie w ten sposób uciekali przed spadającymi na ich kraj bombami i zmuszeni byli przez jakiś czas prowadzić tam „normalne” życie.
By wejść do jaskini, dobrze mieć ze sobą czołówkę czy latarkę bo nic a nic nie widać, oraz dobre buty bo w wielu miejscach jest błoto, ślisko, chodzi się po skałach itd.

Jaskinia jest wielka, przerażająco ciemna i ciężko było nam wyobrazić sobie spędzenie tam dnia czy nocy, a co dopiero kilku tygodni. Światło z naszych czołówek przeszywało ciemność i kolejny raz dały o sobie znać oglądnięte w przeszłości horrory. Z każdym ruchem latarki spodziewaliśmy się zobaczyć białą zjawę, ducha, małą dziewczynkę w koszuli nocnej, albo chociaż Azjatkę z „Ringa”. Ale sorry, kolejny raz nuda – tylko nietoperze, ich kupy, śmieci no i sporo zakamarków i różnych formacji skalnych wyrzeźbionych przez wodę. Nie zabawiliśmy tam długo, ale miejsce zrobiło na nas duże wrażenie, szczególnie właśnie ze względu na jej historię.

Ruszyliśmy dalej, przez bardzo malowniczą drogę, mijając pola ryżowe, strumyki, rzeczki i pasące się krowy. Wycieczka zajęła nam cały dzień, bo w każdej wiosce spędziliśmy trochę czasu. W pierwszej, Ban Na, sympatyczny pan poczęstował nas whisky; ciężko stwierdzić czy była z bambusa, kupy krowy, a może trawy strawionej przez krowe? Ale w butelce zalane było jakieś trawsko i smakowała trochę jak nasza orzechówka, choć się do niej nie umywa.


W drugiej, Ban Hoy Seen, zjedliśmy wczesny lunch z widokiem na pola ryżowe, a do trzeciej – Huay Bo Village ledwo dotarliśmy bo droga wiodła przez wąskie ścieżki wśród pól ryżowych, rzekę, górki, pagórki, kładki i inne ciekawe przeszkody.


W każdej wiosce można przenocować w bardzo skromnych warunkach, ale wydaje nam się że może to być bardzo ciekawe doświadczenie. Koszt ok. 10,000-20,000 LAK za bungalow.

Wracając do naszej wioski, wiedzieliśmy że wyjeżdżając następnego dnia będziemy tego żałować. Urzekła nas ta senna, wiejska atmosfera, barwni ludzie, radosne dzieci. Z drugiej strony wiedzieliśmy że zostając tam wydamy więcej pieniędzy niż zamierzaliśmy (a dodatkowo nie ma tam bankomatu).

Kto pyta nie błądzi, tak więc szczęśliwie dogadaliśmy się z Gabrielem, jego żoną i jej rodziną, że w zamian za nocleg i jedzenie pomożemy im w czym tylko będziemy mogli.


Dzięki temu w sumie spędziliśmy w Muang Ngoy 10 dni, codziennie jedząc pyszne, lokalne jedzenie przyrządzone przez Gabriela, pracując, i śpiąc w fajnych bungalowach (innych niż na początku, trochę w gorszym stanie). Pomogliśmy im uporządkować ogród, przygotować tarasy widokowe dla gości, wymieniliśmy i naprawiliśmy schody, odmalowaliśmy trzy łazieneczki w bungalowach, zrobiliśmy zdjęcia do nowego menu. Czasem byliśmy mocno zmęczeni, ale zadowoleni z dnia, i mogliśmy przez ten czas przyjrzeć się lokalnym zwyczajom i zachowaniom. Stosunek do nas się trochę zmienił, bo byliśmy rozpoznawani, witani, dzieci śmielej podchodziły i chciały się bawić.


Mieliśmy okazję zobaczyć targ który ma miejsce co 10 dni- ludzie z okolicznych wiosek przypływają z wszelkimi dobrami które wyhodowali, złapali, kupili od innych, licząc na zarobek. Można kupić warzywa, owoce, zioła, tytoń, mięso, ubrania, narzędzia. Czego dusza zapragnie.


Ktoś skończył budować dom, więc widzieliśmy jak jego mini wersję właściciele razem z połową wioski zanosili do świątyni po błogosławieństwo.

Widzieliśmy załadowaną na łódź trumnę która razem z ciałem spalona miała być na rzece, oraz w związku ze śmiercią – czterodniową stypę.

Mogliśmy też zaobserwować jak zupełnie inne podejście tu mają do wychowywania dzieci. Super Niania chyba by zgłupiała do reszty, my zresztą często niedowierzaliśmy w to co widzimy. Dzieci tam są bardzo samodzielne, już 3-latki same się ubierają, myją, chodzą gdzie chcą i kiedy chcą. Częstym widokiem były matki biegające po ulicy i pytające czy ktoś nie widział ich dziecka. Albo rodzic słyszący płacz swojego potomka który krzyczy do sąsiada żeby sprawdził czego ryczy i najlepiej przyprowadził go do domu. Podnosiło nam się ciśnienie gdy widzieliśmy maluchy bawiące się przy wielkiej dziurze w kanale, z wystającymi drutami, wspinające się po wysokich barierkach, albo niemal wkładające rączki do uruchomionego, odsłoniętego silnika traktora. Rodzice natomiast nie reagowali, chyba że w krytycznych (?!) momentach. Siła ich spokoju tylko nas niepokoiła, ale po pewnym czasie trochę się przyzwyczailiśmy i obserwowaliśmy co się wydarzy. Masakry żadnej nie było, choć i tak kilka razy interweniowaliśmy gdy dzieci zaczęły się lać po mordkach, lub rzucały w siebie kamieniami.

W ciągu tego krótkiego czasu który spędziliśmy w Muang Ngoy byliśmy świadkami jak powoli rozpoczyna się wysoki sezon, pojawia się coraz więcej turystów, i przez to zmienia się też krajobraz. Dosłownie w kilka dni pootwierało się nagle kilka restauracji które do tej pory były zamknięte, pojawiły się sklepy i pamiątki do kupienia.

Sporo pozytywnych rzeczy nas tam spotkało, ale dużo też zdziwiło, „uderzyło”. Oprócz wspomnianego wychowywania dzieci różnimy się w podejściu, szacunku do swojej i innych pracy, do porządku, czystości, pracowitości lub raczej jej braku, jak i leniuchowania. Podczas krótkich wakacji nie przeszkadza nam brak pośpiechu, odkładanie wszystkiego na później czyli nigdy, czy bałagan. Ale na dłuższą metę? Czy można tak funkcjonować? No można, ale nie każdemu to będzie odpowiadać – nam na pewno nie. Wkurzało nas że wysprzątaliśmy ogród, a na następny dzień porozrzucane były papierki czy obierki z owoców. Że na tarasie leżały pety i puste butelki po piwie, które nie należały do gości. Że niektórzy z rodziny zachowywali się jakbyśmy byli kłopotem, i że mieli totalnie ambiwalentny stosunek do naszej pracy. Mieliśmy wrażenie że nie ważne czy i jak coś zrobimy-jak będzie, tak będzie, jak nie to nie, nie ważne, nie zależy nam. Może podeszliśmy do tego zbyt starannie i ambitnie, a może trafiła nam się taka rodzina, a może mieli ważniejsze sprawy o których nie mieliśmy pojęcia. Widzieliśmy inne miejsca, bardziej zadbane, więc może to nie kwestia podejścia wszystkich i nie ma co generalizować. Może, a może nie. Bardzo się staramy by (zwłaszcza) podczas podróży mieć otwarty, nie oceniający umysł, ale nie zawsze jest łatwo. Pewnych rzeczy nie zaakceptujemy, inne naturalnie porównujemy do Polski, Europy czy innych krajów azjatyckich.

Dlatego do tej pory Laos nas nie powalił, ale na pewno zauroczył, uśpił i rozleniwił;)

Podsumowując bardzo polecamy odwiedzenie wioski, spędzenie tam więcej niż dwa dni, spróbowanie Suzy (a’la leczo, pikantne danie z mleczkiem kokosowym oraz kleistym ryżem), i stołowanie się u Gabriela który jest świetnym kucharzem:)

Praktycznie:

Łódka z Nong Khiaw do Muang Ngoy: 25,000 LAK (ok. 12 zł)

Nocleg: ok. 35,000-70,000 LAK (ok. 17 – 34 zł) zależności od sezonu i standardu

Wynajem roweru: 50,000 LAK (ok. 24 zł)

Wynajem skutera: 130,000 LAK (ok. 62 zł)

Koszt noclegu we wypomnianych wioskach: 10,000-20,000 LAK (ok. 4,70-9,50 zł)

Wstęp do jaskini: 20,000 LAK (ok. 9,50 zł)

Zdjęcia:

 

 

 

Reklamy

Jedna myśl w temacie “Muang Ngoy- mała wioska, dużo przeżyć

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s