Nauka angielskiego, tanie piwo i jajko w kawie – welcome to Hanoi

Hanoi powitaliśmy późno w nocy, dlatego spędziliśmy ten czas do rana na lotnisku. Warunki były nie najgorsze, choć hałasujące szczury biegające po posadzce trochę przeszkadzały nam w zaśnięciu. Dlatego gdy tylko się rozjaśniło, wsiedliśmy do autobusu w kierunku naszego miejsca noclegu. Dziewczyna która z grupą studentów prowadzi szkołę językową zaprosiła nas do siebie na kilka nocy, a my w ramach rewanżu mieliśmy pomagać dzieciom w nauce angielskiego.

Fajnie było jechać autobusem o 6 rano z lokalnymi którzy spieszą się do pracy czy szkoły (wiedząc że my nie musimy). Ale jeszcze fajniej było obserwować ich przepychanki do miejsc siedzących, nie ważne czy to chłopak, czy kobieta, czy osoba starsza – byleby się dopchać i usiąść. Przy nich nasze mocherowe babcie w autobusach to pikuś!

Po dotarciu na miejsce, bardzo się zdziwiliśmy w jakiej właściwie okolicy się znaleźliśmy. Widoki zupełnie nie podobne do Azjatyckich, i nie odbiegały od tych z zachodu – wysokie, nowoczesne bloki, place zabaw dla dzieci, trawka naokoło budynków pięknie przystrzyżona, siłownia, a w każdym bloku strażnik. Windą wyjechaliśmy na 8 piętro razem z eskortą właśnie takiego strażnika, który zaprowadził nas pod same drzwi. Kurczę, Europa! Zmęczeni po podróży zapadliśmy w głęboki sen, ale ponieważ byliśmy ciekawi miasta, nie spędziliśmy tam dużo czasu. Pojechaliśmy więc do ścisłego centrum, do tzw. Old Quarter gdzie znajdują się najważniejsze zabytki i miejsca turystyczne. Ale nie zwiedzanie nam było w głowie, a jedzenie! Osławione w Hanoi kanapki Banh Mi były jedyne o czym myśleliśmy. To podawane na ciepło, chrupiące małe bagietki z dodatkami – mięsem, lub w wersji wegetariańskiej – z jajkiem, oraz warzywami.

Byliśmy tak głodni, że po zjedzeniu jednej porcji, szybko poszliśmy zjeść kolejną, tym razem do miejsca w którym sprzedają ponoć najlepsze te kanapki – na 25 Hang Ca street. Oczywiście nie zrobiliśmy im zdjęcia…bo konsumpcja była tak ekspresowa;) kolejną specjalnością miasta to Egg Coffee czyli kawa jajeczna.

img-20161123-wa0005

To kawa i deser w jednym – w kubku najczęściej znajduje się 50% wietnamskiej kawy, i 50% kogiel-mogiel, i jest to zaskakująco bardzo smaczne! Pierwszy raz spróbowaliśmy tego w uroczej knajpce, na 4 piętrze, z widokiem na jezioro Hoan Kiem. Kolejny raz już w innym miejscu, i nie smakowała aż tak dobrze. Polecamy więc kafejkę na ulicy 11 Hang Gai, wejście jest przez sklep z ciuchami ;)

Sporo jak zwykle błądziliśmy po różnych uliczkach, centrum jest naprawdę piękne i ma uroczy klimat. Dzielnice i ulice podzielone są tematycznie – a to na jednej sprzedaje się tylko buty, na drugiej wyłącznie sprzęt kuchenny, na trzeciej jedynie ozdoby świąteczne. Przynajmniej wiadomo gdzie jechać na zakupy gdy potrzebuje się czegoś konkretnego:)

img_1962

Dzień zwieńczyliśmy degustacją smacznego piwa na ulicy Ta Hien, która znana jest ze sprzedaży lanego wietnamskiego piwa. Bia Hoi bo o nim mowa, to piwo niepasteryzowane i nadaje się do spożycia tylko w dniu produkcji. W smaku jest lekko słodkawe, i nie jest mocnym piwem, więc można go sporo wypić;)

DCIM104MEDIA

Po powrocie do mieszkania, nasi gospodarze zaprosili nas na spacer, podczas którego mieliśmy nadzieję się lepiej poznać, ale skończyło się na kilku zdaniach wymienionych po angielsku, po czym zajęli się rozmową po wietnamsku. Próbowaliśmy jeszcze ich zagadywać, zadawać pytania, ale nie wydawali się zainteresowani. Troszkę się rozczarowaliśmy, po co nas wzięli na spacer? No cóż, nie wiemy, ale na pewno szliśmy ostatkiem sił, po naszym całym dniu chodzenia.

Następnego dnia również nie zbijaliśmy bąków i ruszyliśmy ponownie do centrum. Skupiliśmy się bardziej na zwiedzaniu konkretnych miejsc, takich jak most Long Bien który zaprojektował nie kto inny jak pan Gustave Eiffel, najstarszy dom w Hanoi (87 Ma May Street), czy też przepiękną Świątynie Literatury (która była przeznaczona na uczelnię kształcącą według zasad konfucjanizmu urzędników państwowych). Nie pominęliśmy również miejsca w którym spoczywa twórca Demokratycznej Republiki Wietnamu, przywódca Ho Chi Minh czyli Mauzoleum Ho Chi Minh. Inspiracją przy jego budowie było Mauzoleum Lenina, a jakże, z którym cyknęliśmy sobie również fotkę (pomnik Lenina znajduje się niedaleko muzeum historii militarnej).

YDXJ0767.jpg

Późnym popołudniem wróciliśmy do mieszkania czyli szkoły językowej gdzie mieliśmy odbyć pierwszą lekcję. Ja zgłosiłam się do pracy z dziećmi, a Paweł – ze starszymi studentami, nastolatkami.  Lekcje trwały jakieś 3 godziny i były dla nas chyba jednym z większych szoków kulturowych jakie przeżyliśmy do tej pory. Na mojej lekcji były dzieci w przedziale wiekowym 4  – 15 lat co już zaświeciło mi czerwoną lampkę. Jak to możliwe że dostosowują program do tak wielkiej różnicy rozwojowej? Zanim jednak sprawa się wyjaśniła, najpierw przez ok. 15 minut nauczycielka i pomocnicy przesadzali dzieci w ławeczkach i na krzesłach. Ciągle im coś nie pasowało,  włącznie ze mną i innym kolegą z Francji. W końcu kiedy wszyscy siedzieli tam gdzie mieli, nauczycielka zaczęła lekcję od piosenki. Pomyślałam, że zapowiada się ciekawie; ale niestety nie mogłam się bardziej mylić. Ponieważ w Wietnamie bardzo przywiązują wagę do wymowy angielskiej, dzieci przez trzy godziny uczyły się trzech rzeczy: dźwięku litery – A, wymowy – /ej/ oraz przykładowego wyrazu – Apple! Ale, ale! Tylko jednego wyrazu. Więcej chyba zamieszałoby im w głowie… kiedy jednemu dziecku pokazałam słowo banana i wskazałam literki „a”, nie wiedział o co mi chodzi. Trzy rzeczy przez trzy godziny. A, ej, apple! A, ej, apple! Apple! Ej! A! Niewiarygodne, myślałam że tam zwariuję i nie mogłam pojąć jak te dzieciaki czegokolwiek się nauczą. Nic dziwnego że poziom angielskiego zatrzymuje się u wielu Wietnamczyków na poziomie „hello” i „bye” jeśli tak wyglądają ich lekcje. Paweł z kolei przez 3 godziny powtarzał wymowę 18 słów których studenci w większości nie rozumieli. Chodziło tylko o wymowę.

img_3602

System nauczania zupełnie inny od naszego, ale tak czy tak starszym studentom się bardzo podobało. Zaprosili nas na wspólny posiłek i piwo po lekcjach – dzięki temu mogliśmy się poznać, porozmawiać, a oni – ćwiczyć angielski. Urzekające było to, jak bardzo chętni byli do uczenia się – niemal każdy chciał wymienić kilka słów, dowiedzieć się czegoś o nas, ale też pokazać jak sobie radzą po angielsku. W zamian za naszą pomoc, oni uczyli nas trochę wietnamskiego, co było dla nas nie lada wyzwaniem. Ciężki język do nauczenia się!

Studenci dość szybko zaczęli się ulatniać, a my – czyli dwójka Polaków, i czterech Francuzów – rozochoceni procentami poszliśmy jeszcze zagrać w bilard i napić się więcej napoju ambrozji. Czyj to był pomysł by wyjść na dach naszego budynku pozostanie tajemnicą, niemniej jednak wyjechaliśmy windą na ostatnie piętro, wyszliśmy po kilku schodkach, stromych drabinach i naszym oczom ukazał się całkiem niezły widok na Hanoi nocą. Fotka na pamiątkę musiała być :)

15174644_10101220217506269_2138756821_n

Kolejny wieczór i dzień przyniósł nam nowe znajomości  – Cesara z Argentyny, Grega z Belgii, Kathleen z Niemiec. Wszyscy przyjechali uczyć angielskiego i równocześnie zwiedzać Wietnam. To właśnie z Gregiem i Kathleen dość szybko się zaprzyjaźniliśmy, i ruszyliśmy wspólnie na podbój m.in. północy Wietnamu (więcej tutaj: Ha Giang), ale też kilku muzeów w Hanoi.

Na pewno nie polecamy muzeum Ho Chi Minh które jest bardzo propagandowe, i przedstawia życie wielkiego przywódcy. Dość nudnawe dla kogoś kto się nim specjalnie nie interesuje, jest sporo czytania o niemal całym życiu tego władcy, ale jest też spory mix dziwnych eksponatów które za bardzo do siebie nie pasują. Natomiast Więzienie Hoa Lo Prison jest dość ciekawym miejscem gdzie można zobaczyć jak traktowani byli wietnamscy więźniowie polityczni podczas kolonii francuskiej, oraz później – amerykańscy więźniowie podczas wojny wietnamskiej.

Na Hanoi można poświęcić spokojnie ok. 2-3 dni jeśli chce się zobaczyć centrum, kilka muzeów i bez pośpiechu pospacerować po mieście, pojeść i popić tanie piwo :) pyszne, tanieee piwo!

Zdjęcia:


Praktycznie:

Autobus z lotniska do centrum: 8,000 dong (1,50 zł)

Bagietka Banh Mi: 15,000 – 25,000 dong (2,80 – 4,60 zł)

Wstęp do Światyni Literatury: 30,000 dong / os. (5,55 zł)

Egg Coffee: 45,000 dong (8,30 zł)

Piwo Bia Hoi: 5,000 dong (53 gr!)

Wejście do najstarszego domu w Hanoi: 10,000 dong / os. (1,85 zł)

Wstęp do muzeum Ho Chi Minh: 40,000 dong / os. (7,40 zł)

Wstęp do więzienia Hoa Lo: 30,000 dong / os. (5,55 zł)

Z My Dinh bus station jechaliśmy autobusem do Ha Giang – 190,000 dong / os. (35 zł)

Reklamy

Jedna myśl w temacie “Nauka angielskiego, tanie piwo i jajko w kawie – welcome to Hanoi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s