Krótki przystanek w Ninh Binh

Normalnie to ten bus jedzie 3 godziny…ale cóż, nie dzisiaj. Mijała właśnie piąta godzina naszego transportu.

Zdecydowaliśmy się jak zwykle na lokalny transport ze stacji autobusowej w Ga Ha Long (okolice promu z Cat Ba) do naszego kolejnego przystanku, Ninh Binh. Początkowo ilość miejsca dla nas była zachwycająca, bo razem z Gregiem byliśmy w busiku praktycznie sami. Usadowiliśmy się wygodnie na tyłach gdzie każdy z nas mógł się położyć, rozprostować nogi. Słuchawki wsadziliśmy w uszy, i zatopiliśmy się w swoich myślach. Jednak tak jak przewidywaliśmy, długo ten utopijny stan nie trwał. Co rusz zatrzymywaliśmy się i zbieraliśmy kolejne osoby lub paczki które zaczęły zapełniać przestrzeń w autobusie. Pan bileter bardzo przejęty swoją rolą nie tylko sprzedawał bilety, ale każdego ustawiał i pokazywał gdzie ma usiąść, nie znosząc sprzeciwu. Ciekawe czy zdolności upychania ludzi i rzeczy wykorzystywał w grze Tetris, bo jestem przekonana że mógłby stanąć na wirtualnym podium.

Z każdym kolejnym przystankiem nasze oczy robiły się coraz większe bo nie mogliśmy uwierzyć w to co widzimy. Worki ryżu, zakupy, plecaki, walizki, paczki, metrowe elementy balustrady, człowiek na człowieku, ludź na ludziu. Mój jeden półdupek przyklejony był do szyby, a drugi powoli rozpuszczał się i tworzył jedną całość z fotelem. Paweł z jednej strony był przyklejony do Grega jak bliźniak syjamski, a z drugiej razem z jakimś Wietnamczykiem zdecydowanie naruszał swoją przestrzeń prywatną.

Nic dziwnego że przerwa na WC i jedzenie była jak zbawienie! Wiedząc że zawsze taki postój trwa ok. 30 minut, niespiesznie poszliśmy do ubikacji i następnie zamówiliśmy jedzenie w garkuchni  (co jak zwykle dla nas, wegetarian, było wyzwaniem). Nie skończyliśmy nawet połowy posiłku, kiedy usłyszeliśmy trąbienie naszego busa – znak, że zaraz będzie ruszał. Ej, jak to? Minęło zaledwie 10-15 minut!! Czekajcie, dajcie przełknąć tofu! Paweł z Gregiem spokojnie dali radę, ale mi tak dobrze nie szło, więc pomogli mi w szybkiej konsumpcji coby się jedzonko nie zmarnowało! Bardzo to było zabawne dla obsługi, no boki zrywać..!
Ale dobrze że zjedliśmy, bo wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy ile naprawdę będziemy jechać..
Gdy po jakimś czasie zaczęła nam się zapalać czerwona lampka, w ruch poszedł Google translator. I od razu inaczej się jechało!
636175655862378853
Pan obok Pawła to fotograf, właśnie wraca z sesji ślubnej – wow, piękne zdjęcia! A ten tutaj blisko nas, mieszka w Ninh Binh i ma kilkumiesięczną, piękną córę której zdjęcia pokazał nam z wielką, ojcowską dumą. No i dowiedzieliśmy się też…że normalnie to ten bus jedzie 3 godziny…ale cóż, nie dzisiaj. Mijała właśnie piąta godzina naszego transportu. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz? Pogadaliśmy sobie po angielsku-wietnamsku-na migi, tak że pan fotograf aż się zagapił i przejechał swój przystanek;) bardzo lubimy tego typu interakcje, zupełnie nieoczekiwane i zaskakujące.
Na booking.com znaleźliśmy hotel który mógłby spełniać nasze oczekiwania, więc po dłuuugiej podróży autobusem postanowiliśmy iść do niego pieszo. Jak zwykle im dalej od centrum tym taniej, więc był to kawałek do przejścia, ale niemniej jednak był to przyjemny spacer. W pewnym momencie skręciliśmy w ulicę na horyzoncie której nie było żadnych hosteli ani hoteli, wzbudzaliśmy ogólne zainteresowanie, nie widzieliśmy żadnych znaków po angielsku, żadnego białego, nic co wskazywałoby że idziemy w dobrą stronę. Powątpiewając brnęliśmy dalej, przecież mapa nie może się mylić. W końcu zobaczyliśmy w oddali nasz hotel, i aż z radości przyspieszyliśmy, tylko po to by zobaczyć że drzwi do niego są zamknięte, a w środku panują egipskie ciemności.
Ale dosłownie w momencie pojawił się jakiś samochód z którego wybiegła kobieta i zaczęła wołać do nas coś po wietnamsku, i otwierać drzwi. Niestety nie bardzo było się jak porozumieć z nią, czy jej współpracownikiem, więc ten wykręcił numer do kogoś kto mówił po angielsku, i z tym kimś uzgodniliśmy cenę noclegu. Hotel był generalnie wymarły, mini wersja hotelu w „Lśnieniu”, wszędzie pusto, głucho, ciemno. Ale nie to było najgorsze! Zamarliśmy, gdy powiedzieli że nie ma WIFI! To była prawdziwa chwila grozy, i od razu stwierdziliśmy że następnego dnia się przenosimy do innego miejsca. Na szczęście okazało się to nieporozumieniem, i internet hulał :) Tyle w kwestii podstawowych potrzeb człowieka (tak a propos ktoś powinien dodać WIFI na samym dole piramidy Maslowa..;) ).

W samym Ninh Binh nie ma właściwie co robić, bo jest dość nudnym miastem, ale to o okoliczną scenerię chodzi.

img_2928
Tam Coc jest określana jako „Ha Long Bay na lądzie”i największa atrakcją jest płynięcie łódką po rzece, pośród pól ryżowych i podziwianie pięknych formacji skalnych. Przepiękny widok na tę scenerię rozpościera się z Hang Mua Peak do którego prowadzą 450 schody. Kolejnym miejscem polecanym przez wielu, to Cuc Phuong National Park, który właściwie mieści się ok. 45 km od Ninh Binh co troszkę utrudnia dotarcie tam i powrót bez przymusowego nocowania w parku.
Tyle z teorii, a z naszej praktyki – nie byliśmy ani w parku narodowym, ani nie męczyliśmy się chodzeniem po schodach, ani nie płynęliśmy łódką. A i tak było fajnie! Pogoda nie była dobra do podziwiania widoków z Hang Mua Peak bo było dość mgliście, i widoczność bardzo kiepska. Turyści którzy schodzili z góry, zapytani czy warto, mówili że nie, że nic nie widać. Nie było więc po co wydawać pieniędzy na wstęp i jeszcze się spocić i męczyć. Do Tam Coc dotarliśmy również, ale cena i chińscy turyści cofnęły nas z powrotem za bramę. Nawet chcąc zaparkować rowery chcieli od nas pieniędzy (lokalni zostawiali za darmo), ale z tym akurat poradziliśmy sobie po mistrzowsku:
DCIM105MEDIA
Widzieliśmy ile łódek czekało na turystów, ciężko nam sobie wyobrazić jak tam musi być w sezonie! Choć nie powiem, chwilę dywagowaliśmy czy sobie takiej łódki jednak za darmo nie pożyczyć, bo jakaś pani zostawiła dwie bez opieki ;)
Tak naprawdę cudne skały można podziwiać podczas jazdy motorem czy rowerem, bo są wszędzie, a trasa którą jechaliśmy prowadziła właśnie między nimi. Bardzo ładne widoki!
img_2870
Okoliczna wioska Tam Coc jest bardzo urocza, z wąskimi uliczkami i wiekową zabudową, gdzie akurat zmuszeni byliśmy szukać pomocy z pękniętą dętką. Na szczęście znaleźliśmy salon fryzjerski, sklep, oraz warsztat w jednym, gdzie za małą opłatą została naprawiona opona. Dla ciekawostki dodam, że wszystko wskazywało na to że jeden pan obsługiwał wszystkie te trzy miejsca. Osoba o wielu talentach! :)
DCIM105MEDIA
W drodze powrotnej do hotelu mieliśmy jeszcze okazję zobaczyć jak wygląda produkcja tofu (którego jemy tutaj sporo), i jeszcze zaproszeni zostaliśmy na jego degustację. Pycha!
Bardzo miło spędzone chwile. Jeśli macie czas by się zatrzymać w Ninh Binh na jedną-dwie noce, to polecamy dla odsapnięcia i zwiedzenia okolic miasta.

Praktycznie:
Bus z Ga Ha Long do Ninh Binh: 120,000 dong / os. (22, 40 zł)
Wynajem rowerów (+darmowa mapka): 70,000 dong / os. (13 zł)
Cena za łódkę: 150,000 / os. (28 zł)
Wstęp do Hang Mua Peak 100,000 / os. (18,60 zł)
Foto:
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s