Co my najlepszego zrobiliśmy? Czyli początek w Australii

Pierwszy tydzień w Australii był jedną wielką mieszanką skrajnych emocji. Od ekscytacji, szczęścia i wzruszeń, przez złość, smutek i załamanie, aż po ogromną wdzięczność. 7 dni, a tyle wrażeń nie mieliśmy chyba w całej Azji. Australia przywitała nas piękną pogodą i dość sprawną odprawą, wbrew temu co słyszeliśmy o węszących psach, tryliardzie pytań i przeszukiwań bagaży itd. Dodatkowo na lotnisku czekała już na nas Asia, Polka mieszkająca od kilku lat w Perth która zgodziła się nas przyjąć pod swój dach na kilka nocy. Okazało się że mieszka tu razem z Justinem (którego poczucie humoru rozwalało nas na łopatki) z którym założyli tu rodzinę i mają dwójkę dzieci – Jacoba (Kuba), i Hannę (Hania).

Spędziliśmy z nimi bardzo miły wieczór, a następnego dnia rano ruszyliśmy żwawo do centrum Perth. Odkąd tylko wylądowaliśmy, mieliśmy niezły szok kulturowy. Po chaotycznej i dość zanieczyszczonej Azji, oto wylądowaliśmy w pięknej i czystej Australii. Tu jest zielono od przystrzyżonych trawników, nie ma hałasujących motorów, i każdy z uśmiechem pyta jak może ci pomóc. I mówią tu po angielsku! No tak, tylko ten ich akcent, skracanie wyrazów, mowa potoczna, ojoj, łatwo nie jest!

Perth jako nasz pierwszy przystanek w Australii bardzo nam się spodobało. Z każdej strony miasto woła do ludzi by korzystali ze wszystkich jego udogodnień. Są więc darmowe autobusy, świetna kolej miejska, przyjemne kafejki, deptaki, jest mnóstwo parków gdzie można usiąść na piknik, albo pobiegać z psem – co kto lubi.

W wielu parkach są pod zadaszeniem grille z których można za darmo skorzystać, jest też dostępna woda pitna. Przy takich miejscach najczęściej są też place zabaw dla dzieci, ale też zielone tereny do grania w piłkę czy krykieta, stoły z ławeczkami i zadbane publiczne ubikacje. Zauważyliśmy też że w różnych miejscach są wskaźniki aktualnego promieniowania UV. Nic dziwnego, bo trzeba tu bardzo uważać – słońce jest bardzo mocne nawet jeśli niebo jest lekko zachmurzone. Przed wyjściem z domu trzeba się smarować kremem z filtrem, najlepiej 50-ką tak by mieć odpowiednią ochronę – uczą tego dzieci od małego. Co ciekawe, dowiedzieliśmy się że przez to Australijczycy bardzo często mają niedobór witaminy D.

W mieście widzieliśmy też świetne wydzielone ścieżki rowerowe które zachęcają co aktywniejszych ludzi do jazdy. Takich tu chyba nie brakuje, choć z drugiej strony Australijczycy – co zaskakujące – to dość otyły naród (nie wiem jak wy, ale ja miałam w głowie stereotyp australijskiego, muskularnego, opalonego surfera). Wynika to z tego, że oczywiście żywność przetworzona, fast-foody są tu bardzo tanie w stosunku do zdrowszych opcji, i jest je łatwiej, szybciej przyrządzić – jak wszędzie niestety. Do tego obowiązkowo piwko, jedno, dwa, trzy…tu Polska może sobie przybić piątkę z Australią, bo ponoć piją sporo za dużo i często, zdarza się też że wsiadają za kółko po kilku piwkach.. ale jak tu się nie napić zimnego browarka w taką pogodę?

img_3318

W Perth, jak to mamy w zwyczaju, sporo spacerowaliśmy i z otwartą buzią podziwialiśmy budynki, wieżowce, sklepy etc. I to niby nie było nic nadzwyczajnego, ale po Azji czuliśmy się jak w innym świecie – w jednym miejscu mieliśmy trochę Stanów, trochę Europy. Zobaczyliśmy pewnego rodzaju ikonę miasta – Elisabeth Quay gdzie znaleźć można wieżę zegarową (18 dzwonów powieszonych w ponad 80 metrowej szklanej wieży), sztukę współczesną itd., przeszliśmy też wzdłuż wybrzeża do King’s Park and Botanic Garden gdzie na trawce zjedliśmy lunch mając przed sobą widok na miasto.

Pojechaliśmy też do Fremantle czyli do miasta portowego niedaleko Perth gdzie nadal cumują łodzie, rybacy łowią ryby, i gdzie jest bardzo urocze centrum z licznymi restauracjami i kawiarniami. Kiedy tam byliśmy, dało się odczuć leniwą, powolną atmosferę – ciekawe czy jest tam tak zawsze, czy tylko w okresie przedświątecznym?

Następne dwa dni upłynęły nam na poszukiwaniach samochodu który nadawałby się do jazdy przez Australię, i który byłby wystawiony na sprzedaż za przystępną dla nas cenę.

Już trzecie auto które oglądnęliśmy wyglądało bardzo dobrze – mechanikami nie jesteśmy, ale hamulce, światła, klimatyzacja działały, drzwi, okna się otwierały/zamykały, nic się nie tłukło, kierownica dobrze skręcała itd. Widać było że o samochód dbano, a używano go głównie do wożenia dzieci do/ze szkoły.

Po jeździe próbnej okazało się że dosłownie 5 minut po nas przyjechał na oglądanie kolejny potencjalny kupiec.. nie było nam to na rękę, bo chcieliśmy ten samochód kupić, i nie mieliśmy też czasu na szukanie kolejnej okazji (zwłaszcza biorąc pod uwagę zbliżające się święta). Obie strony złożyły ofertę, i po odbijaniu piłeczki wte i we wte, wymianie ostrzejszych zdań na temat sposobu przeprowadzenia tej transakcji, nasza oferta wygrała. Mieliśmy lekki niesmak, ale cieszyliśmy się że wrócimy do „domu” swoim samochodem.

Po powrocie Paweł z Justinem zbudowali nam w samochodzie łóżko, tak byśmy mogli w aucie wygodnie spać, oraz dodatkowo wysuwany stolik przydatny podczas posiłków. Wyglądało super, więc wieczorem opiliśmy kupno szampanem, pycha!

Niestety nasza euforia nie trwała długo, bo następnego dnia zawieźliśmy auto do mechanika i okazało się że będziemy musieli dołożyć dużo więcej pieniędzy na wszystkie naprawy niż początkowo zakładaliśmy. Gdy się o tym dowiedzieliśmy, to zaczęliśmy się zastanawiać co my najlepszego zrobiliśmy? I co robić dalej? Na pewno chcieliśmy mieć samochód. I chcieliśmy też mieć pewność, że samochód nie rozkraczy nam się gdzieś na pustkowiu. Dobrze więc że Justin polecił nam swojego znajomego mechanika – wiedzieliśmy że na nic dodatkowego nas nie naciągnie. Jeśli będziecie kiedyś potrzebować pomocy z samochodem, pytajcie o Dave’a w Brian’s McCoy St Auto Repairs. Nie tylko świetnie zna się na swoim fachu, ale jest też po prostu dobrym, uczciwym i sympatycznym człowiekiem.

img_4064

Po odbiorze auta od mechanika podekscytowani ruszyliśmy w drogę! Naszym samochodem! Naszym domem na kółkach! Juhu! Pierwszy kierunek: zakupy – trzeba było zrobić sobie zapas jedzenia, bo w końcu święta, to sklepy będą zamknięte. Hmmm co by tu zjeść w Wigilię? Może wegetariańską zupkę chińską? Będzie prawie jak w domu, przy barszczyku czerwonym z uszkami. No. Prawie :)

Dwie pierwsze noce zdecydowaliśmy się spędzić w Hamelin Bay gdzie byli już Asia z Justinem. To oni nas tam zaprosili i było nam niezmiernie miło z tego powodu. Super było spędzić z nimi więcej czasu, i lepiej ich poznać bo są fantastycznymi ludźmi. I choć nie czuliśmy jakoś świątecznego klimatu, to mimo wszystko świadomość że nasi bliscy spędzają ten czas razem a my jakieś 14,000 km od nich jemy zupkę instant, było lekko dołujące. Dlatego jesteśmy bardzo wdzięczni że mogliśmy tam być z nimi, i że zadbali o nasze dobre humory.. :)

DCIM105MEDIA

Chyba to nas najbardziej nadal zaskakuje w podróżach – że poznajemy tak cudownych ludzi, którzy do obcych wyciągają pomocną dłoń, zupełnie bezinteresownie, tak po prostu – z dobrego serca. Przywraca nam to wiarę w drugiego człowieka i dodaje skrzydeł :)

Nie wiem jak się wszystkim odwdzięczymy, ale na pewno postaramy się dług wdzięczności spłacić :) A jeśli jesteście rannymi ptaszkami i mieszkacie lub będziecie w Perth, to musicie spróbować kawy Justina z Coffee Rescue, nie pożałujecie! Gwarantowany dobry humor przez resztę dnia :)

Szczegóły: www.coffeerescue.com.au; www.facebook.com/CoffeeRescueWA

Więcej zdjęć:

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s