Jak nie zostaliśmy milionerami w Coober Pedy

Miasto na pustyni, gdzie ludzie chowają się przed palącym słońcem jak krety, w swych domkach wykutych w skałach. A nadzieja na wzbogacenie się trwa nieprzerwanie od kilkuset lat.

 Z Adelaide do Coober Pedy jest jakieś 8-10 godzin jazdy (ok. 850 km) i na trasie nie ma praktycznie nic. Nic, nic. Droga i wielkie połacie nicości, więc każdy ciemniejszy kamień albo gałąź podnosiła nam puls, bo myśleliśmy że to jakiś zwierzak. Ale najczęściej to było kolejne nic;) jedyne co, to za Portem Augusta są jeziora, w tym spore jezioro solne które robi super wrażenie z mieniącymi się w słońcu drobinkami soli.
img_4660DCIM107MEDIAimg_4692
Jakieś 50 km od Coober Pedy zdecydowaliśmy się na nocleg, tak by z rana ruszyć zwiedzać miasteczko. Sceneria była piękna – chylące się ku zachodowi słońce, oświetlające czerwoną ziemię i delikatną roślinność. Niedługo po nas zajechały jeszcze dwa samochody więc nie byliśmy sami – zawsze raźniej. W pewnym momencie jakaś muzyka zwróciła naszą uwagę.
– Słyszysz?
– Co?
– …
– Golce ?!
– No…! Polacy!!
Nie ma jak na Outbacku rodaków spotkać, miły akcent!
Noc jak zwykle była pięknie gwieździsta, i znów pojawiła się chęć uchwycenia tego na aparacie. Kombinowaliśmy, gimnastykowaliśmy się, pomagaliśmy sobie światłami z samochodu, ale efekty wyszły marne.
img_4784
Chyba że mówimy o efektach używania akumulatora przy wyłączonym silniku. W takim wypadku efekt był więcej niż zadowalający! Sąsiedzi rano zebrali się przed nami, a my nie mogliśmy zapalić!
-K$%#!
– Ja pie$#%$!
– To pozwiedzali
Chcieliśmy siąść i płakać i wyć ale zamiast tego postanowiliśmy szukać pomocy. Tja…na pustkowiu..
wp_20170125_004
Pierwsze samochody które nas mijały to wielkie samochody przewożące jeszcze większe samochody- nie było szans żeby się zatrzymały. Kierowcy nawet nam rozbawieni odmachiwali, uroczo;) kilka osobówek i jakieś 20 minut później, wreszcie ktoś zajechał. Jupi! Od razu wiedział że akumulator, na kablach samochód odpalił od kopa, uffff mogliśmy jechać!
Coober Pedy świeciło raczej pustkami, było trochę turystów, sporo Aborygenów przechadzało się po ulicach lub grupkami przesiadywało w cieniu przed budynkami. Poza tym raczej gorący i leniwy klimat. Obecnie miasto jest sporą atrakcją turystyczną, ale jak najbardziej nadal trwają poszukiwania szlachetnych opali. A jak to się wszystko zaczęło?
DCIM107MEDIA

Dawno, dawno temu, w 1915 roku, mała grupka mężczyzn wyruszyła na poszukiwanie złota w okolicach Coober Pedy. Szybko musieli też zacząć szukać wody, bo na pustynnych terenach ich zapasy prędko się skończyły. Wtedy to przez przypadek znaleźli złoża opali, a miasteczko Coober Pedy stało się po pewnym czasie stolicą wydobycia tych pięknych kamieni. W ciągu dwóch lat zbudowano linię kolejową która pomogła w transporcie opali do dużych miast. Obecnie aż 85% opali które są sprzedawane na świecie, pochodzą właśnie stąd. Wielkie zainteresowanie tym kruszcem nie jest przesadzone – nie ma dwóch takich samych kamieni na świecie! Dodatkowo to co czyni go jeszcze atrakcyjniejszym, to fakt że światło przenika opal, a nie odbija się od niego, dzięki czemu jego wnętrze mieni się wszystkimi kolorami tęczy.

Nadzieja na bogactwo przyciąga do miasta mnóstwo ludzi i turystów. Ci którzy decydują się na poszukiwania na własną rękę, często wydają mnóstwo pieniędzy na sprzęt, odpowiednie pozwolenia itd., a niestety nie maja gwarancji znalezienia tego szlachetnego kamienia.
Jadąc do Coober Pedy czytaliśmy że są miejsca dostępne dla turystów gdzie można samemu poszukać opali. Oczywiście obszar ten został już eksplorowany przez wielu, i jedyne opale które można tu znaleźć, to te bezwartościowe.
Szukaliśmy dość intensywnie, grzebaliśmy w ziemi, aż powoli zaczynała nas dosięgać gorączka! Jeszcze tutaj, a może kawałek dalej, na pewno coś znajdziemy! Musi się udać! Będziemy bogaci!
No niestety nie zostaliśmy milionerami, ale bardzo się staraliśmy!  Skoro się nie udało, to zdecydowaliśmy się chociaż posłuchać o tych którzy się wzbogacili.
Odwiedziliśmy Kopalnię opali i muzeum „Umoona”. Muzeum jest za darmo, gdzie można dowiedzieć się sporo o historii Aborygenów, osiedleniu się tu Europejczyków, czy o tym jak 150 milionów lat temu Coober Pedy było pod wodą, i co w tych wodach wtedy pływało :) w dalszej części można podziwiać przepiękne opale, i dla chętnych jest też bogato wyposażony sklep gdzie można zakupić np. biżuterię, oczywiście z opalem w roli głównej. Wykupiliśmy godzinną wycieczkę z przewodniczką, która nie tylko opowiedziała nam więcej o sposobach wydobywania opali, ale też pokazała przykładowy dom pod ziemią.
img_4865DCIM107MEDIAimg_4889
Dowiedzieliśmy się że ona sama mieszka w podobnym domu, i jest bardzo zadowolona. Koszt budowy takiego domu jest dużo mniejszy od tradycyjnego (bo trzeba przetransportować wszystkie materiały), i również trwa dużo krócej. Po prostu przyjeżdża maszyna która drąży pomieszczenia w skale i Voila! Pokoje gotowe! Trzeba tylko pozbyć się kurzu, ale za to nie ma problemu z wybieraniem farby do ścian:) temperatura w środku utrzymuje się stale na poziomie 20-paru stopni, co przy +35 stopniach w cieniu w okresie letnim ma dość duże znaczenie. Rozglądając się w mieście, często zauważyć można wystające ze skał kominy – to znak że tam w środku jest życie! Im więcej kominów tym więcej pomieszczeń – w końcu jakaś cyrkulacja powietrza musi być. Wygląda to bardzo ciekawie!
img_4805
Ze względu na pustynne krajobrazy, tereny te są często wykorzystywane jako sceneria do filmu. I tak kręcony był tu np. „Mad Max” (ten z Tiną Turner i Melem Gibsonem), czy „Czerwona planeta” z Val Kilmerem. Słynny domek Crocodile Harry (oraz podziemna kopalnia) pojawił się właśnie w filmie „Mad Max”, który można również odwiedzić. Harry przez 13 lat zajmował się polowaniem na krokodyle na północy Australii, by później przenieść się do Coober Pedy i próbować szczęścia w wydobywaniu opali. Niestety zmarł kilka lat temu, ale był bardzo barwną postacią która żyje w pamięci wielu osób. Jego domek słynie również z tego, że odwiedzające go kobiety zostawiały tam swoją bieliznę. Trzeba przyznać, że kolekcja jest imponująca :)
img_4900DCIM107MEDIADCIM107MEDIA
Będąc w Coober Pedy nie mogliśmy pominąć sierocińca dla kangurów. Jest to jedno z niewielu miejsc w Australii które zajmuje się opieką nad osieroconymi kangurkami. Obszar którym się zajmują jest wielkości Niemiec! Niestety na ulicach ginie mnóstwo kangurów które zainteresowane światłami auta, wyskakują z zarośli i oślepione wpadają w rozpędzony pojazd. Takie miejsce jak to, odchowuje małe kangurki i gdy tylko są gotowe, wypuszczane są na wolność.

Miasteczko bardzo przypadło nam do gustu. Świadomość tego, że ktoś może tam faktycznie mieszkać – po prostu pośrodku niczego, na pustyni, zrobiła na nas ogromne wrażenie. Nie wyobrażamy sobie mieszkać w tak położonym miejscu, ani w ogóle pod ziemią, ale odwiedzenie Coober Pedy było zdecydowanie fascynującą przygodą. Może jeszcze kiedyś wrócimy i wtedy uda się zostać milionerami?


Praktycznie:

Umoona Opal Mine & Museum – 10$/os. za wycieczkę z przewodnikiem, muzeum za darmo

Crocodile Harry’s Underground Mine & Dugout – 7$/os.

Josephine’s Gallery, Kangaroo Orphanage – darowizna, co łaska

Więcej zdjęć:

Reklamy

4 myśli w temacie “Jak nie zostaliśmy milionerami w Coober Pedy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s