Melbourne – tenis, tramwaje i pingwiny

Odkąd jesteśmy w trasie po Australii, najbardziej zachwyca nas natura, zwierzęta, przepiękne parki narodowe. A co z miastami?

W Melbourne spędziliśmy tylko trzy noce, zastanawiając się na początku czy to nie za mało. I na pewno jest to krótko, ale chodząc po zatłoczonych ulicach wśród wieżowców, szybko doszliśmy do wniosku że duże australijskie miasta nie są dla nas. Nie mniej jednak Melbourne podobało nam się najbardziej z miast które widzieliśmy do tej pory. Ma w sobie europejski klimat, i może nawet lekko krakowski? To pewnie przez te jeżdżące tramwaje. Nie wiedzieliśmy tego wcześniej, ale Melbourne ma największą sieć tramwajową na świecie! Nic dziwnego że są podstawowym środkiem transportu wśród lokalnych. Mają też darmową strefę która obejmuje całkiem spory kawałek naokoło centrum (można siedząc w tramwaju „pozwiedzać” robiąc pętle).
img_6403
W centrum miasta toczy się bogate kulturowo życie, jest sporo turystów błądzących po wąskich uliczkach, ale też lokalnych pijących kawę w klimatycznych kawiarenkach.
Jest przepiękny street art, i to nie tylko w centrum, ale na ulicach w całym mieście. Czapki z głów dla niektórych artystów, oby im się wiodło!
DCIM108MEDIAimg_6379
Jest też State Library of Victoria, cudowna biblioteka której wygląd chyba przekonałby do nauki największego lesera świata.
Są imponujące korty tenisowe gdzie rozgrywane są turnieje Australian Open – obowiązkowy punkt dla fana tenisa! Niemal słyszeliśmy tam odgłos odbijanych piłeczek tenisowych;)
img_6327
Centrum jak centrum, wiadomo że jest życie, ale tu nawet na przedmieściach coś się dzieje. Dzielnice mają swoje knajpki, restauracje, kafejki, i w każdej z nich jest pełno ludzi. Słychać muzykę, czuć smakowy tytoń z sziszy i widać wielokulturowe towarzystwo siedzące wspólnie przy jednym stoliku.
Idąc ulicami czy przez park ciągle mija się ćwiczących ludzi – a tu ktoś biega, a tu robi brzuszki, a tam pompki. Normalnie siedząc na ławce i jedząc (zdrowego!) batona czuliśmy lekkie onieśmielenie! Eh, to moglibyśmy być my…ale jesteśmy leniwi..
Okolice miasta też mają wiele do zaoferowania, jak np. optymistyczne, kolorowe domki na plaży Brighton, w których można trzymać swoje graty (jeśli się taki domek wynajmie). Widzieliśmy kilka otwartych takich domków – moglibyśmy w takim mieszkać, tak tam przyjemnie!
Philip Island to kolejne miejsce, dość oddalone od Melbourne, ale nie do pominięcia! Codziennie wieczór można tam podziwiać paradę pingwinów małych – występują one tylko w południowej części Australii i u wybrzeży Nowej Zelandii. Pingwiny małe mają tylko ok. 33 cm wzrostu i są najmniejszymi pingwinkami na Ziemi.
O co chodzi z tą paradą? Wyobraźcie sobie ponad 1000 pingwinków wychodzących z oceanu, co wieczór, tuptających do swoich domków! Ot, co! W ciągu dnia wychodzą sobie na zakupy do rybnego, czyli wypływają w ocean i polują. Gdy nadchodzi zmierzch, mogą bezpiecznie wyjść na ląd i wrócić do swojego M4, i tak dzień w dzień. Niektóre z nich mogą iść nawet 2 km!
img_6496
Wyglądało to absolutnie uroczo, kiedy najpierw pojedynczo wychodziły z wody, po czym formowały się w 10-15 pingwinową grupę, by wspólnie maszerować przez plażę oraz między platformami gdzie siedzieli ludzie.
Później można było je obserwować z podestów jak przebierają tymi małymi nóżkami, byleby szybciej dojść do domu. Zdarzało się że któryś był za bardzo objedzony, albo się zmęczył, więc kładł się na ziemi i odpoczywał. Czasami koledzy szli dalej, a czasami czekali, pewnie go popędzając: – te, Franek, ale się znowu nabzdryngoliłeś!
Zresztą tak to trochę wyglądało;) Inny pingwinek żwawo tuptał aż do jakiegoś domku, ale niestety pomylił adres – musiał więc zawrócić i maszerować dalej, aż trafił do siebie. Bo każdy pingwin ma swój jedyny domek, to nie tak że codziennie śpi w innym, co to to nie!
Jednemu się wszystko pomieszało i wszedł na chodnik przy wyjściu z centrum. Ruch pieszy natychmiast został wstrzymany, nikt nie mógł się ruszyć, dopóki pingwinek nie przypomniał sobie drogi i nie wrócił na prawidłową ścieżkę. Pingwinki są pod ścisłą ochroną, robią więc wszystko by ich nie stresować:) Nie można też robić im zdjęć, bo oczywiście w przeszłości byli tacy, co robili im zdjęcia z fleszem. Proszono również by przed odjazdem sprawdzić czy pod samochodem nie ma jakiegoś maleństwa. Niestety nie było…rozczarowani byliśmy bo chcieliśmy takiego jednego zabrać i schować do lodówki przenośnej..;) podróżowałby z nami, trochę świata by zobaczył..
Naprawdę warto odwiedzić to miejsce, zwłaszcza że ochroną pingwinków zajmuje się organizacja not-for-profit, wspierana przez WWF, ale działalność swą opierają głównie na datkach i sprzedanych biletach.
Tym sposobem wydaje nam się, że w Melbourne każdy znajdzie coś dla siebie – plaże, parki, lunapark, pyszne jedzenie i kawę, koncerty, imprezy sportowe, zwierzaki itd. Gdybyśmy mieli zamieszkać w australijskim mieście, to chyba wybralibyśmy właśnie Melbourne.

Praktycznie:
Parada pingwinów na Philip Island: 25.10$/os.

Więcej zdjęć:

Reklamy

2 myśli w temacie “Melbourne – tenis, tramwaje i pingwiny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s