Walhalla, Canberra, Oberon i Kościuszko – czyli trasa zygzak do Sydney

Czasem droga do celu potrafi być długa i kręta, pod górkę i z górki, jak w życiu. I tak jak w życiu, podróż powinna być celem samym w sobie – bo to ona zazwyczaj przynosi najwięcej wrażeń.

Dlatego gdy wyjechaliśmy z Melbourne do Sydney, wiedzieliśmy że nie będziemy pędzić i że trasa prosta nie będzie. Właściwie to jechaliśmy trochę zygzakiem, dla niektórych może i bezsensu, często nadkładając kilometrów. Ale w końcu chodzi nam w tym tripie o powolne chłonięcie atmosfery kraju. Uwielbiamy tutejszą naturę, zwierzęta, piękne krajobrazy. Lubimy się porządnie zmęczyć w górach ale też poleżeć na cieplutkim piasku i wykąpać w turkusowej wodzie.
To wszystko jest w Australii, bo jej wielkość daje ogromny wachlarz możliwości. Nic dziwnego że nam się tu tak podoba.
Po Philip Island ruszyliśmy w stronę cypelka i Wilsons Promontory National Park. Bliskość Tanzanii której tym razem nie odwiedzimy i sama lokalizacja parku bardzo nas zainteresowała. Tam zobaczyliśmy pierwszego biegnącego na wolności wombata, a podczas porannego spaceru kangurze rodziny i dwa dostojnie idące emu. Te ostatnie wyglądały na wyniosłe i patrzyły na nas z góry, raczej kiepski materiał na przyjaciół. Ale wrogów w nich też nie chcielibyśmy mieć..nieprzewidywalne to to..
img_6655img_6669
Kangury które spotkaliśmy były oznakowane, jak się dowiedzieliśmy w celu obserwacji. Sprawdzają co warunkuje lepszą prokreację wśród niektórych kangurów. Kto wie, może emu mają coś z tym wspólnego?!
W parku zawędrowaliśmy aż na gorę Oberon z której rozpościera się niezły widok na park, otaczający las, zatokę i okoliczne wysepki. Trasa nie była ciężka, i jest dość popularna nie tylko wśród ludzi, ale najwyraźniej też wśród kangurów, bo znowu jednego spotkaliśmy, buszującego w zaroślach. Nie ważne ile ich zobaczymy, nadal będziemy się ich widokiem ekscytować!
DCIM108MEDIADCIM108MEDIA
W okolicy naszego noclegu był Agnes Falls, największy wodospad w stanie Wiktoria, który jakiegoś dużego wrażenia na nas nie zrobił. Ale za to miejsce gdzie spaliśmy było super – z latającymi nad głowami białymi papugami, które co chwilę coś do siebie skrzeczały, w oddali na wzgórzu muczały krowy, i słychać było płynącą w rzece wodę. Bardzo przyjemnie, a bardzo blisko głównej drogi.
Po spędzeniu tam dwóch nocy, zajechaliśmy aż do Walhalla. Dawno temu, bo w 1862 wydobywano tam złoto, i to całkiem sporo – tylko do 1900 roku wydobyto ok. 55 ton złota (na rok 2005 wartość wynosiła 790 milionów $). Miasto oczywiście na początku wydawało się świetnym miejscem do życia, ale po pewnym czasie wydobycie złota przestało być opłacalne. Lokalizacja nie była najlepsza, bo w górzystych terenach, daleko od miast, bez kolei. Ta została wybudowana w 1910, ale już wtedy miasto wymierało bo ludzie zaczęli emigrować.

img_6573

I tak z 4,000 mieszkańców, obecnie Walhalla zamieszkuje całe 20 osób. Reszta to turyści, jak my, jak przemiła 5-osobowa rodzina australijska podróżująca 14 miesięcy po kraju. Albo jak pani która zatrzasnęła sobie kluczyki w samochodzie. Oraz psa. Jamnika przypiętego pasami, który nie kumał o co chodzi gdy wspólnymi siłami próbowaliśmy się włamać do jej samochodu. Długo to trwało, drut wciśnięty przez nas za szybę nie chciał złapać klamki, jamnik nie reagował gdy prosiliśmy by pomógł, a piosenki z odtwarzacza w samochodzie puszczone na opcji „powtarzaj” doprowadzały nas do szału;) w końcu pojechałyśmy do budki telefonicznej gdzie mogła zadzwonić po fachową pomoc. Ze względu na psiaka w środku, przyjechali szybciej niż normalnie. I trochę to otwarcie panu zajęło, nie taka prosta sprawa to była!
Naszym kolejnym przystankiem był absolutnie niesamowity Park Narodowy Kościuszki, oraz zdobycie najwyższego szczytu Australii – Góry Kościuszki. Po Uluru to zdecydowanie nasze „must see” na tym kontynencie. Ale o tym w kolejnym wpisie.
Nie mogliśmy też pominąć na swojej drodze najnudniejszego miasta w Australii i najprawdopodobniej najnudniejszej stolicy na świecie – Canberry. Każda wzmianka o tym miejscu na stronach www, krzyczała by tam nie jechać, omijać szerokim łukiem, a jeśli już się zatrzymać, to tylko by zobaczyć budynki Parlamentu.
img_6982
Tak też zrobiliśmy, i był to dość ciekawy przystanek. Mogliśmy zobaczyć kto i gdzie rządzi Australią, oraz podziwiać olbrzymi, 81-metrowy maszt z powiewającą flagą. Ciekawostką jest to, że stolica została zaprojektowana przez architektów z Chicago którzy wygrali międzynarodowy konkurs na projekt, a sama stolica zbudowana była od postaw. Wynikało to z tego, że dwa najbardziej rozwinięte miasta pod koniec XIX wieku – Melbourne oraz Sydney rywalizowały o to by być stolicą kraju. W ramach kompromisu, rząd postanowił nie faworyzować żadnego z miast, i wybudować stolicę mniej więcej pośrodku, pomiędzy tymi dwoma miastami.
Przed dojechaniem do wyczekiwanego Sydney, odwiedziliśmy jeszcze Kangaroo Valley oraz Blue Mountains. Do pierwszego miejsca jechaliśmy krętą drogą, z zakrętami 90 stopni, i z rosnącą ekscytacją, a to dlatego że powód odwiedzenia tego miejsca był coraz bliżej! Gdy tylko zajechaliśmy na camping (bardzo popularne miejsce, dużo ludzi!) i zaparkowaliśmy, naszym oczom ukazały się one. Słodkie, brązowe, dzikie, „zmutowane chomiki” skubiące trawkę. Wombaty!!!
img_6999
Koło naszego auta były dwa, chrupały kolację, co jakiś czas zabawnie się drapiąc. Były większe niż się spodziewaliśmy! Tak je obserwując, sami skonsumowaliśmy swój posiłek, odrobinę bardziej wyrafinowany.
O zmierzchu przeszliśmy się jeszcze po okolicy, absolutnie nie wierząc w to co widzimy. Wombat koło wombata, blisko ludzi, ich namiotów, samochodów. Małe, duże, średnie, wszystkie skubały trawkę – przydałyby się takie w domu, zamiast kosiarki!
Usatysfakcjonowani i szczęśliwi poszliśmy spać, ale to nie koniec naszego bliskiego spotkania z wombatem! Otóż w nocy nasz samochód ruszał się na wszystkie strony, i to nie dlatego że sobie w środku baraszkowaliśmy! Obudziło nas to, oraz towarzyszący temu dziwny dźwięk, takie chrobotanie. Wyglądnęliśmy przez tylne okno, a tam wombat ociera się dupskiem o nasz hak! No jaja jak berety. Przegoniliśmy go i z bolącym brzuchem od śmiania się, usnęliśmy. Najwyraźniej jednak tak mu się spodobało, że postanowił znowu przyjść i się podrapać! Haha tym razem przegoniony przez nas, dał za wygraną. Za to nad ranem w ramach rewanżu, porobiliśmy mu zdjęcia. Jemu, albo jego mamie, tacie, kto by tam się poznał. Takie to słodziaki!
img_7023img_7030
Więcej zdjęć:
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s