4xW: Wizyta w wietrznym Wellington

Jaka jest stolica Nowej Zelandii? Wietrzna! I ma swój nieodparty urok.Wellington jest najbardziej wysuniętą na południe stolicą świata. Znajduje się na południu wyspy północnej, i jest na trzecim miejscu w kraju, pod względem wielkości oraz liczby ludności. Ze względu na swoje położenie, miasto jest bardzo, ale to bardzo wietrzne – przez 173 dni w roku, wiejący tam wiatr osiąga prędkość ponad 60 km/h. Reszta dni to zapewne wiaterek trochę poniżej tej prędkości ;) Wcale nas więc nie dziwi, że miasto otrzymało przydomek „Windy Wellington” czyli „Wietrzny Wellington”.

IMG_8925

By dotrzeć do stolicy, potrzebowaliśmy w sumie kilku różnych stopów, oraz jednego noclegu. Nie chcieliśmy gnać za szybko do naszego ostatniego przystanku na tej wyspie. Bez wątpliwości każdy autostop przyniósł nam nowe, interesujące znajomości. Na pierwszy ogień jechaliśmy z Polakiem, później ze starszym fanem Adele który sprzedał nam sporo ciekawostek o kraju, a także z farmerem, właścicielem sporej farmy mleczarskiej. Okazało się, że ten ostatni mieszka w okolicy naszego campingu, do którego w efekcie dowiózł nas swoim pick-up’em. Byliśmy na takim zadupiu, że zastanawialiśmy się jak się stamtąd wydostaniemy…żywej duszy nie było widać, ruchu samochodowego żadnego, w ogóle domy wyglądały na opuszczone. Ale oprócz tego było całkiem ładnie. Na szczęście poznaliśmy sympatyczne, starsze małżeństwo, które nocowało na tym samym campingu co my. Gadu, gadu, i zaprosili nas na piwko i owoce do swojego wypasionego campera. Kurde, ale czad! Dom na kółkach, w środku jest normalnie wszystko co potrzeba (albo i nawet za dużo). Lodówka, kuchenka, piecyk, mikrofala, szafki, prysznic z kibelkiem, łóżko. Luksusy normalnie, można się rozprostować, stanąć na środku! Nie to co w namiocie – wieczna poza na goryla. Na odchodne dostaliśmy pyszne awokado z ich farmy, a rano podwieźli nas jeszcze do głównej drogi. Tam złapaliśmy jednego krótkiego stopa, i drugiego aż pod stolicę, gdzie znaleźliśmy kolejny przyzwoity nocleg. Bracia którzy nas zabrali byli lekko podejrzani, ale to może przez ich głośno puszczony gangsterski hip hop, no i wielki nóż w bagażniku…

-aaaa, jesteś rzeźnikiem..Fajnie.

Jakoś tak wyszło, że o szczegóły pracy nie zapytaliśmy.. Pozory mylą, fajne, młode chłopaki, choć nie da się ukryć, że sporo wiedzieli o niebezpiecznych dzielnicach w miasteczku.. No nic, tym sposobem trafiliśmy do Porirua, jakieś 20km od Wellington. Jak się później dowiedzieliśmy, faktycznie miasto ma bardzo kiepską opinię – że dilerzy, kryminaliści, że niebezpiecznie wieczorami. Podobno dawno się już to zmieniło, i została tylko ta łatka, ale nie weryfikowaliśmy tych informacji.

DCIM108MEDIA

Pierwszym przystankiem w stolicy, było niesamowite muzeum Te Papa, które powinno być numerem jeden dla każdego odwiedzającego Wellington. Coś wspaniałego! Mega interaktywne, dla dużych, dla małych, sporo informacji o Nowej Zelandii, Maorysach, imigrantach, wojnie, owadach, owcach, dzikich zwierzętach itd. Dla turystów takich jak my, czyli takich, którzy nigdy nie doświadczyli trzęsienia ziemi, dużą atrakcją jest symulacja tegoż zjawiska. Wchodzi się do domku, który zaczyna się telepać, trzęsie podłogą, naczynia o siebie stukają, TV czy radio przerywa, słychać krzyki ,trzaski itd… Trochę przerażające. Ale z kim nie rozmawialiśmy, to mówili że są przyzwyczajeni, i że rzadko trafiają się tak mocne trzęsienia, jak w symulatorze. Cóż, do wszystkiego człowiek przywyknie, jak musi (hm, a jak tam powietrze w Krakowie?).

Dużą ciekawostką muzeum jest też największa na świecie kałamarnica. Została ona przez przypadek złowiona, i po zmierzeniu i zbadaniu, oddana do muzeum, by mogły ją podziwiać tłumy. Robi wrażenie, np.  jej oczy są wielkości piłki futbolowej – żadne inne zwierzę na świecie nie ma większych.

IMG_8933IMG_8939

Po muzeum wybraliśmy się na spacer po mieście, podziwiając port, świetne kolorowe murale, przytulne knajpki i strome ulice. A na trasie do czerwonej, zabytkowej kolejki przeszliśmy przez uniwersytecki kampus, a następnie oglądaliśmy piękne domy, do których chętnie byśmy weszli i zabawili w nich na dłużej. Na koniec dnia wyszliśmy na Mt. Victoria, skąd rozpościera się świetny widok na miasto.

Czy Wellington przypadło nam do gustu? Bardzo! Ma w sobie jakiś czar, urok, przyjemny klimat. Tylko gdyby nie ten cholerny, wkurzający wiatr….!

Pożegnaliśmy na promie wyspę północną, i podekscytowani przywitaliśmy się z południową, w miejscowości Picton. Stamtąd przejechaliśmy autostopem aż do Christchurch, które było dla nas krótkim, bardzo deszczowym, przystankiem przed spotkaniem z naszym przyjacielem poznanym w Wietnamie. Ale o tym już w innym wpisie…


Praktycznie:

Prom z Wellington do Picton: 56$ / os.

Wstęp do muzeum: za darmo. Trzeba zarezerwować sobie spokojnie 3-4 godziny (albo i więcej) by wszystko zobaczyć.

Więcej zdjęć:

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s